Strona główna » piens.pl - Polska i Wiara ma sens » Jak diabeł w łagrach bał się polskich kolęd

Jak diabeł w łagrach bał się polskich kolęd

Czym dla Polaków są kolędy, z niesamowitą siłą czuliśmy zawsze w niewoli i na wygnaniu. W celi śmierci towarzyszyły one Łukaszowi Cieplińskiemu „Pługowi”. Oddział „Ognia” przez kilka godzin śpiewał kolędy, gdy w Wigilię 1946 r. stało się jasne, że to już koniec. W łagrach sowieccy oprawcy bali się polskich kolęd i łamali żebra za ich śpiewanie. A w 1951 r. stała się rzecz niewyobrażalna: „polski” generał Marian Naszkowski… zabronił śpiewania kolęd polskim żołnierzom.

Podnieś rękę, Boże Dziecię,
Błogosław Ojczyznę miłą,
W trudnych chwilach, w złej godzinie
Wspieraj jej siłę Swą siłą.
By się zdrajcom nie zdawało,
Że zawładną Polską całą,
A słowo Ciałem się stało
I między nami mieszkało.

– taką wersję kolędy „Bóg się rodzi”, napisaną w przez Macieja Zembatego, śpiewali w grudniu 1981 r. internowani przez juntę Jaruzelskiego w Białołęce.

Do świątecznego numeru „Gazety Polskiej” dołączyliśmy płytę z polskimi kolędami w wyjątkowym wykonaniu Alicji Węgorzewskiej. „Pani Alicjo, to są kolędy, których każdy chciałby słuchać w domu. Które nie są udziwnione, nie są przekształcone, tylko zachowują tę swoją prostotę, piękno, elegancję” – tak o jej wykonaniach mówił jeden z profesorów Akademii Muzycznej. Węgorzewska jest śpiewaczką operową, ale na płycie jej wokal mieści się  średnim rejestrze skali, co oznacza, że każdy może śpiewać te kolędy razem z nią. „One są orkiestrowe, mają aranżacje trochę takie… amerykańskie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu” – mówi o nich sama Węgorzewska. Wraz z tą płytą chcemy dziś przypomnieć, czym były kolędy dla Polaków w najtrudniejszych chwilach naszej historii.

Kolędy  w celi śmierci

Henryk Witrylak, autor książki „Nieprawdopodobna prawda. Wspomnienia żołnierza AK”, powraca pamięcią do czasu, kiedy w łagrze śpiewanie kolęd skończyło się dla niego – mimo że był lekarzem ‒ okrutnym pobiciem: „Gdy zanuciliśmy sobie cichutko kolędę, niespodziewanie wpadło trzech nadzieratieli, którzy zaczęli nas z niezwykłą zaciętością bić i kopać. W tym okrutnym szale złamano mi dwa żebra, nie bacząc na to, że byłem w białym fartuchu. Obfite razy dostały się też Stanisławowi Czurukowi oraz Bedoniowi Malinowskiemu”. Jak się okazało, o śpiewaniu kolęd doniósł strażnikom konfident. Od takich opowieści roi się we wspomnieniach sowieckich więźniów.

Wigilię 1950 r. Łukasz Ciepliński, pseudonim „Pług”, spędził w celi śmierci. Prezes IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość skazany został na pięciokrotną karę śmierci. Ołówkiem chemicznym na dwóch stronach bibułki pisał grypsy do swojej żony i synka. Potem wciskał bibułkę w szwy chusteczki sporządzonej z więziennego prześcieradła, którą przemycano na zewnątrz.
W Boże Narodzenie 1950 r. napisał: „Zrobiliśmy choinkę, śpiewali kolędy – w ukryciu, bo głośno modlić się nie wolno. Z wigilią, żłóbkiem, opłatkiem, drzewkiem – wiążą się najpiękniejsze przeżycia, najszlachetniejsze myśli i najgłębsze wzruszenia. Staram się myślami oderwać od wspomnień, ale to niemożliwe. Wciąż widzę puste miejsce przy stole, zachwyt i radość Andrzejka przy drzewku zmieszany z Twoim bólem”.

To potajemne śpiewanie kolęd przez Cieplińskiego i pozostałych skazanych na śmierć Niezłomnych, jak również wysyłane przez niego życzenia bożonarodzeniowe, należą do najbardziej niezwykłych. „Pytam – czy ofiary nasze nie pójdą na marne, czy niespełnione sny powstaną z mogił, czy Andrzejek będzie kontynuował idee ojca? Wierzę ‒ nie pójdą, sny wstaną, syn zastąpi ojca, ojczyzna niepodległość odzyska” – pisał do żony.

Kolejny gryps skierowany był do synka: „Andrzejku! Wymodlony, wymarzony i kochany mój synku. Piszę do Ciebie po raz pierwszy i ostatni. W tych dniach bowiem mam być zamordowany. Chciałem być Tobie ojcem i przyjacielem. Bawić się z Tobą i służyć radą i doświadczeniem w kształtowaniu twego umysłu i charakteru… Ja odchodzę ‒ Ty zostajesz, by w czyn wprowadzać idee ojca. Andrzejku, cele Twego życia to:

a) służba dobru, prawdzie i sprawiedliwości oraz walka ze złem,
b) dążenie do rozwiązywania bieżących problemów ‒ na zasadach idei Chrystusowej. W tym celu realizować je w życiu i wprowadzać w czyn,
c) służba Ojczyźnie i Narodowi Polskiemu”.

Jak oddział „Ognia” trzymał rezon dzięki kolędom

Kazimierz Garbacz, pseudonim „Orlik”, autor książki „Byli chłopcy, byli… Relacje ludzi Ognia”, wspomina, jak swą ostatnią Wigilię przeżyli żołnierze jego oddziału. Modlitwę przy wigilijnym stole poprowadził sam mjr Józef Kuraś „Ogień”, który każdemu osobiście składał życzenia. Wspominał o tych, którzy są więzieni i katowani oraz zabijani przez bezpiekę.

„Do wieczerzy wigilijnej »Smak« (Józef Szel) nalał każdemu po jednej porcji alkoholu i atmosfera zrobiła się bardziej swojska, rodzinna” – wspomina „Orlik”. Po kilku godzinach „Ogień” wstał i powiedział, że nie chciał psuć wigilijnej atmosfery, ale teraz musi przekazać rozkaz otrzymany do łączniczek z Zachodu. Podpisany pod nim pułkownik pisał, że III wojny światowej nie będzie, a oddziały walczące zbrojnie przeciwko komunistom mają pojedynczo lub grupami przedostać się na Zachód.

„Po odczytaniu tego rozkazu »Ogień« oświadczył, że on nigdzie nie pojedzie, bo na tej ziemi się urodził, tu walczył za Polskę, wyjaśnił, że sytuacja jest bez wyjścia, tu zginie. Nigdy z żadnymi zdrajcami nie będę rozmawiał, układał się ani ujawniał. Po czym wzniósł toast za dalszą walkę z komunistami lub honorową śmierć” – pisze „Orlik”.

Jak wspomina Garbacz, po tych słowach przez kilka godzin śpiewano kolędy, dzięki którym nastrój po przemówieniu „Ognia” wcale się nie zepsuł. Jemu samemu pozostały jeszcze trzy miesiące walki…

Kolędy jako pieśni antyradzieckie

BUR – z rosyjska „barak usilennogo reżima”, czyli „barak wzmocnionego reżimu” – tak nazywała się w łagrach strefa, gdzie trzymano więźniów skłonnych do ucieczki lub winnych poważnych wykroczeń. Ojciec Albin Janocha OFM wspomina w książce „Pod opieką Matki Bożej”, iż do „buru” trafił z powodu… śpiewania kolęd.

Było to w obozie pracy w Bałchaszu. „Ponieważ już rok przebywaliśmy w Bałchaszu i znaliśmy się trochę, postanowiliśmy urządzić w naszym baraku, gdzie mało było Rosjan, a przeważnie byli Litwini, Ukraińcy i Estończycy, wspólną wilię dla Polaków” – pisze o. Janocha.
„Mieszkańcy baraku odstąpili nam cały stół i rozpoczęliśmy wilię modlitwą, łamaniem się opłatkiem i kolędą. Było wesoło, kolędy następowały jedna po drugiej, a inni współwięźniowie, nie-Polacy, przysłuchiwali się z powagą” – czytamy.

Ale w pewnym momencie do baraku wszedł „nariadczyk”, czyli dyspozytor siły roboczej obozu. Był on Rosjaninem i miał pseudonim „Bubu”, bo zawsze burczał i stale był w złym humorze.

Gdy Wigilia skończyła się, a więźniowie poszli spać, dozorca obozowy kazał zbudzić o. Janochę i zabrać go do izolatora – zimnego pomieszczenia, gdzie spało się na gołym betonie. „Tam czekał już na mnie naczelnik »politczaści«, czyli specjalista od wychowania ideologicznego, i zaczęło się przesłuchanie. A więc najpierw, jakie to zebranie urządziłem w swoim baraku” – wspominał o. Janocha.
Dozorca oświadczył, że w baraku nie wolno się modlić. „Na moją uwagę, że przecież w każdym baraku jest regulamin ułożony przez Zarząd Główny Obozów i w nim nie ma żadnej wzmianki na ten temat, jakoby nie wolno było się modlić w baraku – odpowiedział mi, że widocznie w Moskwie o tym… zapomnieli” – czytamy.

A potem padło pytanie, „czy myśmy naprawdę śpiewali pieśni religijne, a może to były pieśni antyradzieckie?”. Ksiądz odpowiedział, że w baraku są Ukraińcy i Litwini, którzy dobrze znają język polski, i oni mogą potwierdzić, że nie były to pieśni antyradzieckie. Noc spędził na gołym betonie. Potem trafił do buru, gdzie przesiedział miesiąc.

Wigilia jak Dzień Zaduszny

Hanka Ordonówna, przedwojenna piosenkarka i aktorka, w niewoli w Sowietach wyrąbywała kilofem drogi. Po amnestii udało jej się wywieźć z sowieckiego piekła dziesiątki polskich dzieci. Trafiła z nimi do Indii. Jej niesamowitą książkę „Tułacze dzieci” kończy opis Wigilii w Indiach. W ten dzień zdarzył się cud – jedna z dziewczynek, Mila, dowiedziała się, że jej mamusia, o której słyszała, że zginęła, żyje i jest w Teheranie. Jej radość wywołała wybuch nienawiści u Basi, jej koleżanki, która przypomniała sobie, jak mama zaplatała jej warkocze przed wieczerzą: „Któż mógł przeczuć, że któregoś dnia przyjdzie rozbestwiona sowiecka banda, wywlecze za włosy babkę staruszkę i matkę, poderżnie im gardła z takim spokojem, z jakim kucharka podrzyna kury”. Opiekunka przytuliła Basię: „Życzę ci…”. I nie wiedziała, jak dokończyć. „Szczęścia? Bez rodziny, bez domu? – Powrotu do wolnej Ojczyzny – dokończyła i łzy zakręciły się jej w oczach”.

Scena kończąca książkę nie pozwala nikomu na obojętność: przy kolędzie „Bóg się rodzi” dzieci zaczęły zapalać świeczki na choince, nie jak na święta Bożego Narodzenia, lecz „jakby w Dzień Zaduszny na grobach ukochanych”. „Kraj nasz i majętność całą, i wszystkie wioski z miastami…” – śpiewały dzieci ze spalonych wsi i zbombardowanych miast.

„Módl się za nami, lecz nie chodź tu”

Także w niemieckich obozach śpiewano kolędy. Do najbardziej wstrząsających należy wspomnienie Karola Świętorzeckiego „Wigilia w Auschwitz”. 24 grudnia 1940 r. na placu apelowym hitlerowcy ustawili choinkę oświetloną elektrycznymi lampkami. Pod drzewkiem zostały złożone ciała więźniów zmarłych w czasie pracy oraz zamarzniętych na apelu. Lagerführer Karl Fritzsch określił leżące pod choinką zwłoki mianem „prezentu” dla żyjących i zabronił śpiewania polskich kolęd.

O Warszawie niszczonej przez Niemców mówi też najbardziej chyba dramatyczny wiersz w polskiej poezji. Skamandryta Stanisław Baliński w „Kolędzie warszawskiej 1939” prosi Matkę Boską, by Boże Dziecię nie narodziło się w Warszawie:

Bo nasze dzieci
pod szrapnelami.
Padły bez tchu.
O święta Mario,
módl się za nami,
Lecz nie chodź tu.
A jeśli chcesz
już narodzić w cieniu
Warszawskich zgliszcz,
To lepiej zaraz po narodzeniu
Rzuć Go na krzyż.

W niemieckim stalagu Oberlangen, do którego trafiły Polki ‒ uczestniczki Powstania Warszawskiego – śpiewały one przeróbkę kolędy „Wśród nocnej ciszy”:

Wśród nocnej ciszy
Głos się rozchodzi,
Wstańcie rodacy,
Polska się rodzi!
Orły pruskie pozrzucajcie,
Do szeregów pośpieszajcie,
Gdzie ludu jest moc.

„Polski” generał zakazuje śpiewania kolęd

W 1951 r. w wojsku noszącym w swojej nazwie słowo „Polskie” doszło do wydarzenia bez precedensu. Generał Marian Naszkowski, szef Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, wydał 30 maja 1951 r. dyrektywę nr 001 w sprawie „polepszenia metod walki z naciskiem klerykalizmu w wojsku, w sprawie pracy nad krzewieniem naukowego światopoglądu wśród żołnierzy oraz postępowania w stosunku do wierzących żołnierzy”. Na jej mocy w wojsku „zakazano urządzania wigilii, śpiewania kolęd, stawiania choinek w czasie świąt Bożego Narodzenia”.

Dla porządku dodajmy, że Naszkowski był wcześniej żołnierzem Armii Czerwonej oraz komunistycznym ambasadorem w Moskwie.
Anna Szaniawska opisała na stronie Opoka.org, jak pierwszą Wigilię stanu wojennego spędził błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko. „W pierwszą Wigilię stanu wojennego przyszli do nas z parafii św. Stanisława Kostki, że wszędzie szukają księdza Jerzego. Co się okazało: Jurek wziął opłatki i jeździł po Warszawie dzielić się z żołnierzami, którzy klękali na śniegu, spowiadali się, płakali, całowali po rękach, że ich nie potępia, tylko przychodzi z dobrym słowem…”.

Z okazji tego samego Bożego Narodzenia 1981 r. internowany w Białołęce Maciej Zembaty napisał kolędę internowanych. Antoni Zambrowski wspomina, jak został wówczas członkiem „chóru więziennego”, który wraz ze zgromadzonymi na korytarzu zaśpiewał tę nową wersję kolędy „Bóg się rodzi”:

Bóg się rodzi, a rodacy
Po więzieniach rozrzuceni,
Bo marzyła im się Polska
Niepodległa na tej ziemi. (…)
Matki, żony, siostry, dzieci
Same przy świątecznym stole,
Tylko szatan mógł zgotować
Naszym bliskim taką dolę.

Wigilijnej wieczerzy nie doczekali górnicy z kopalni „Wujek”, zamordowani 16 grudnia 1981 r. Anonimowy autor „Kolędy związkowej A.D. 1981” napisał o tym:

Czekali Cię, Jezu,
na szychcie w sztolni,
Przeszyły ich kule,
bo chcieli być wolni,
Dziś przyszli fedrować
razem do Ciebie,
Połam się opłatkiem
z nimi – tam w niebie.

źródło:  http://niezalezna.pl/49904-jak-diabel-w-lagrach-bal-sie-polskich-koled

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *