Strona główna » piens.pl - Polska i Wiara ma sens » Historia zniewolenia Polski w pigułce

Historia zniewolenia Polski w pigułce

Zachęcam do przeczytania doskonałego i bardzo wartościowego artykułu Stanisława Michalkiewicza „Do drugiej, a nawet trzeciej potęgi”. Michalkiewicz w swoim stylu opowiada w nim historię Polski dotyczącą ostatnich kilkudziesięciu lat III Rzeczpospolitej. Tekstu jest dużo, ale ilość wiedzy BEZCENNA. Osobiście sądzę, że uwaga dotycząca Niemiec, które właśnie wygrywają I wojnę światową, bo realizują jej cele polityczne w obecnych czasach jest jak najbardziej na miejscu.

Jak w rozmowie z Orianą Fallaci zauważył etiopski cesarz Hajle Selasje – „na świecie nigdy nie dzieje się nic nowego” – toteż chyba powinniśmy włożyć między bajki opowieści o „neokoloniach” i temu podobnych zjawiskach. Polska nie jest żadną „neokolonią”, tylko zwyczajnie – kolonią i to w znaczeniu podwójnym, czyli kolonia do kwadratu.

Terytoria zamorskie

Ledwo tylko Krzysztof Kolumb w 1492 roku „odkrył Amerykę”, a już pojawiło się pytanie, do kogo maja należeć nowo odkryte terytoria. Rzecz wyjaśniła się dwa lata później w traktacie w Tordesillas, który podzielił świat między Hiszpanię i Portugalię wzdłuż 49 stopnia długości geograficznej zachodniej. Obszary leżące na wschód od tej linii miały przypaść Portugalii, a leżące na zachód – Hiszpanii. Dlatego w Brazylii, która „wystaje” poza tę linię urzędowym językiem jest portugalski, podczas gdy w całej reszcie Ameryki Południowej i Środkowej – hiszpański. Ale traktat w Tordesillas dzielił świat tylko na półkuli zachodniej, podczas gdy nie było wiadomo, gdzie przebiega linia tego podziału na półkuli wschodniej. Wyjaśniło się to dopiero w roku 1529 w traktacie w Saragossie, w którym wytyczono linię przebiegającą około 17 stopni na wschód od Moluków. Tego podziału nie uznawały inne państwa europejskie, dla których – zwłaszcza po Reformacji – był on jeszcze jednym dowodem papistowskich uroszczeń – jako, że pomysłodawcą kompromisu w Tordesillas był papież Aleksander VI. Ten brak uznania nie był jednak absolutny, bo Elżbieta Wielka udzielając Francisowi Drake instrukcji, upoważnia go do brania w posiadanie „ w imieniu Korony” zamorskich terytoriów, o ile nie należą już one do jakiegoś księcia chrześcijańskiego. W ten oto sposób Drake objął w posiadanie np. Kalifornię, a Humphrey Gilbert – Nową Funlandię.

Kiedy już terytorium zamorskie zostało objęte w posiadanie w imieniu metropolii, wyznaczała ona gubernatora, sprawującego tam rządy. Obejmowały one, ma się rozumieć, również mniej wartościową z europejskiego punktu widzenia ludność tubylczą, chociaż oczywiście nie od razu, tylko dopiero po doprowadzeniu jej do stanu bezbronności, co następowało albo w rezultacie jednorazowego podboju zbrojnego, jak w przypadku hiszpańskich konkwistadorów w Ameryce Południowej, albo stopniowo, jak w przypadku Anglików w Indiach. Nawiasem mówiąc, podczas II wojny światowej jeden z publicystów niemieckich uczynił z tego Anglikom zarzut, zauważając, że o ile Niemcy budują swoje imperium metodą „radosnej wojny”, o tyle Anglicy stworzyli swoje przy pomocy rozmaitych oszustw i podstępów.

Tak czy owak, kolonia była obszarem zależnym od metropolii zarówno politycznie, jak i przede wszystkim ekonomicznie, gdyż, zgodnie z ówczesnymi poglądami, celem ekspansji kolonialnej było zdobycie rynków zbytu dla produktów wytwarzanych w metropolii. Na tej zasadzie do metropolii spływało z kolonii bogactwo, owe – jak pisał poeta – „płody bogate krain nie nazwanych”, chociaż oczywiście metropolie starały się również o stworzenie pozorów moralnego uzasadnienia dla swego panowania nad koloniami. W owym czasie takim pozorem było niesienie tam „światła wiary” oraz „kaganka cywilizacji”. Ludność tubylcza była oczywiście poddana władzy metropolii i z tego tytułu zarówno nawracana na prawdziwą wiarę, jak i oświecana „kagankiem cywilizacji”. Jak zwykle jednym przychodziło to łatwiej, innym trudniej, a ci, którzy akomodowali się do nowej sytuacji najszybciej, cieszyli się specjalnymi względami administracji kolonialnej. W zamian za wzorową kolaborację z kolonialną administracją, która niekiedy obarczała tubylców mniej skomplikowanymi zleceniami burgrabiowskimi, tubylczy kolaboranci obdarzani byli przywilejami natury gospodarczej, dzięki którym tworzyli niewielką enklawę bogatych tubylców, których marksiści-leniniści w swojej politgramocie nazywali później „burżuazją kompradorską”. Z czasem w koloniach wytworzyła się charakterystyczna struktura społeczna; gubernator, zwany niekiedy wicekrólem na czele, potem wyższa administracja, rekrutująca się wyłącznie spośród przybyszów z metropolii, potem administracja niższa, w której w miarę obniżania się szczebla zwiększał się udział tubylców i wreszcie – tubylcza masa. Podobnie kształtowały się w koloniach również stosunki własnościowe, czemu dodatkowo sprzyjał handel niewolnikami, jaki rozwinął się w następstwie wielkich odkryć geograficznych. Handel niewolnikami, jako ważna część handlu oceanicznego, doprowadził do przesiedlenia znacznej części afrykańskich Murzynów do obydwu Ameryk, gdzie stanowili ostatnie ogniwo łańcucha pokarmowego nawet po uwolnieniu się kolonii z jarzma narzuconego przez metropolie.

Transformacja ustrojowa w Europie Środkowej

Od początku lat 80-tych XX wieku, ustanowiony w 1945 roku między Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Sowieckim polityczny porządek jałtański podlega przyspieszonej erozji, która skłoniła Sowieciarzy do przemyślenia kwestii, co właściwie przystoi im czynić; czy bronić porządku jałtańskiego za wszelką cenę, czy też zaniechać jego obrony na rzecz manewru ucieczki do przodu, polegającego na zaproponowaniu Amerykanom wspólnego ustanowienia nowego porządku politycznego w Europie. W przypadku uzyskania zgody Amerykanów, tego nowego porządku nie trzeba by przed nikim bronić, bo nikt nie będzie go atakował. Toteż złożona w 1985 roku w Genewie przez Michała Gorbaczowa prezydentowi Ronaldowi Reaganowi propozycja zwarcia traktatu rozbrojeniowego, miała charakter takiej właśnie oferty. Oferta ta została przyjęta, o czym świadczyły doroczne cykliczne spotkania obydwu zainteresowanych przywódców: następne spotkanie odbyło się w roku 1986 w Reykjaviku na Islandii, kolejne – w 1987 roku w Waszyngtonie, następne – w 1988 roku w Moskwie, a w roku 1989, nowy prezydent USA Jerzy Bush starszy, przyjął Michała Gorbaczowa na okręcie w pobliżu Malty na Morzu Śródziemnym. Podczas każdego z tych spotkań kształt przyszłego porządku politycznego w Europie był coraz bardziej konkretyzowany i już po spotkaniu w Reykjaviku okazało się, ze istotnym elementem tego nowego porządku będzie ewakuacja imperium sowieckiego z Europy Środkowej.

Zapowiedź ewakuacji imperium sowieckiego ze Środkowej Europy oznaczała zmianę na tym obszarze zarówno ustroju politycznego, jak i przede wszystkim – ekonomicznego, bo wiadomo było, że po ewakuacji Sowietów, dotychczasowy ustrój, jakiego świat nie widział, nie przetrwa ani dnia dłużej choćby dlatego, że nikt już nie da pieniędzy na przedłużenie jego agonii. Dlatego środowisko władzy we wszystkich krajach „demokracji ludowej” rozpoczęło systemowe przygotowania do- „transformacji ustrojowej”. Celem tych przygotowań było oczywiście utrzymanie przez dotychczasowe środowisko władzy dominującej pozycji politycznej, na gruncie uzyskania dominującej pozycji ekonomicznej. W Polsce od roku 1980 najtwardszym jądrem środowiska władzy były tajne służby w postaci wojskowej razwiedki i Służby Bezpieczeństwa. W roku 1980 znaczna część, może nawet większość polskiego społeczeństwa, zbuntowała się przeciwko PZPR, która pod naporem tego buntu zaczęła się rozpadać, co wytworzyło polityczną próżnię, którą natychmiast wypełniły obydwie tajne służby. Przygotowały one i przeprowadziły w 1981 roku stan wojenny, w ramach którego nawet pokazały opinii publicznej, gdzie przesunął się punkt ciężkości władzy. Aluzją, która to pokazywała, było internowanie Edwarda Gierka i jego pierwszego ministra Piotra Jaroszewicza – i ani jeden głos nie podniósł się wówczas w ich obronie. Od roku 1986, a więc od spotkania w Reykjaviku, wokół przedsiębiorstw państwowych zaczynają pojawiać się spółki nomenklaturowe, za pomocą których środowisko władzy przygotowuje się ekonomicznie do zajęcia odpowiedniej pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych. Ponieważ nie ma innego majątku, jak państwowy, nomenklatura przystępuje do jego rozkradania, a osłoną dla tego procederu są zarówno „surowe prawa stanu wojennego”, jak i prowadzony równolegle przez razwiedkę i „lewicę laicką” proces selekcji kadrowej w strukturach podziemnych, z których trzeba było wyeliminować „ekstremę”, by w efekcie utworzyć „stronę społeczną” do której razwiedka miałaby zaufanie i z którą zaaranżowałaby utworzenie III Rzeczypospolitej, zwanej inaczej „wolną Polską” lub „Polską niepodległą”. Zarówno uwłaszczenie nomenklatury, jak i selekcja kadrowa w podziemiu udały się w stu procentach, w następstwie czego w roku 1989 ustanowiony został przez generała Kiszczaka wraz z gronem osób zaufanych ekonomiczny model państwa w postaci „kapitalizmu kompradorskiego”, charakterystycznego dla kolonii w terytoriach zamorskich.

Kapitalizm kompradorski

Czym różni się kapitalizm kompradorski od zwyczajnego kapitalizmu? W zwyczajnym kapitalizmie o dostępie do rynku i możliwości działania na rynku, decydują zalety człowieka działającego: czy jest pracowity, przedsiębiorczy, pomysłowy, czy nie boi się ryzyka i czy ma szczęście. Jeśli ma te zalety, to przeboruje sobie dostęp do rynku i odniesie tam sukces na miarę swoich zalet i szczęścia. W kapitalizmie kompradorskim natomiast o dostępie do rynku i możliwości funkcjonowania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są tajne służby z komunistycznym rodowodem. Poprzez kontrolowanie za pośrednictwem rozbudowywanej nieustannie agentury kluczowych segmentów państwa i kluczowych segmentów gospodarki, bezpieczniackie watahy ograniczają osobom niepowołanym zarówno dostęp do rynku, jak i możliwości działania. Widoczną ilustracją tego mechanizmu są rozmiary reglamentacji w gospodarce. O ile uchwalona w roku 1988 z inicjatywy Mieczysława Wilczka ustawa o działalności gospodarczej przewidywała koncesjonowanie w bodaj 11 przypadkach, których wspólnym mianownikiem było ryzyko sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego (np. wytwarzanie i obrót bronią, materiałami wybuchowymi i amunicją, produkcja i obrót truciznami, hurtowy obrót lekami, prowadzenie agencji detektywistycznych), o tyle w roku 1998 koncesje, licencje, zezwolenia i pozwolenia obowiązywały już w 202 OBSZARACH działalności gospodarczej, chociaż oficjalna propaganda nadużywała przy tym retoryki wolnorynkowej. Dlaczego jednak ustawa uchwalona w 1988 roku z inicjatywy Mieczysława Wilczka praktycznie znosiła reglamentację? Nietrudno na to odpowiedzieć. Za komuny środowisko władzy ciągnęło korzyści z kontrolowania gospodarki, zarówno w sektorze państwowym, jak i prywatnym, więc zainteresowane było w rozbudowywaniu wszelkich możliwych form tej kontroli. Kiedy jednak zaczęło się uwłaszczać, przestało być zainteresowane, by ktokolwiek je kontrolował tym bardziej, że chociaż lewica laicka cieszyła się zaufaniem razwiedki, to przecież zaufanie to miało ograniczony charakter i przezorność nakazywała raczej nie wyposażać władzy publicznej w instrumenty kontrolowania gospodarki, przynajmniej na pierwszym etapie „akumulacji pierwotnej”. Toteż ustawa Wilczka, znosząca de facto i de iure socjalistyczny model gospodarki w Polsce, weszła w życie bez fanfar jeszcze przed rozpoczęciem telewizyjnego widowiska pod tytułem „obrady okrągłego stołu”, zaaranżowanego przez razwiedkę i lewicę laicką, by pokazać opinii publicznej, jak uprzednio starannie wyselekcjonowana „strona społeczna” strasznie osacza komucha. Widowisko to miało służyć wzbudzeniu zaufania do „transformacji ustrojowej”, a dodatkowym elementem było skłonienie hierarchii kościelnej do podżyrowania całej operacji. Argumenty były dwa: obietnica restytucji mienia kościelnego oraz – czym ani wtedy, ani teraz nikt głośno nie mówi – obecność komunistycznej agentury w Episkopacie. Więc kiedy okazało się, że transformacja ustrojowa przebiega bez zakłóceń i zgodnie z planem, a na lewicę laicką razwiedka może liczyć w każdej sytuacji, rozpoczęło się realizowanie modelu kompradorskiego, między innymi przy pomocy powrotu do reglamentacji – ale oczywiście w stosunku do intruzów, którzy nie należąc do sitwy chcieliby wedrzeć się na rynek, zwłaszcza do kluczowych segmentów gospodarki, tworzących jej tzw. główny nurt, z sektorem finansowym, paliwowym, energetycznym i tym podobnymi.

Plan Balcerowicza

Między innymi – bo zadbano również o inne sposoby zabezpieczenia dominującej pozycji razwiedki w gospodarce – w postaci sławnego ze swej „bezalternatywnosci” planu Balcerowicza. Jednym z jego elementów była ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych, której celem było ściągnięcie z rynku tzw. „nawisu inflacyjnego”, to znaczy – pieniędzy drukowanymi u schyłku komuny bez opamiętania, którymi rząd płacił pracownikom za pracę a chłopom za żywność. Leszek Balcerowicz odrzucił możliwość ekwiwalentnego ściągnięcia tego nawisu, poprzez uruchomienie sprzedaży własności państwowej w postaci nieruchomości, tylko zdecydował się na drenaż zasobów obywateli polskich. Ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych wprowadzała tzw. zmienną stopę oprocentowania kredytów i jeśli np. umowa kredytobiorcy z bankiem opiewała na 4 procent rocznie, to „zmienna stopa” wprowadzała oprocentowanie w wysokości 40 proc. miesięcznie. Stawiało to kredytobiorców w obliczu bankructwa – a warto pamiętać, kto wtedy był w Polsce kredytobiorcą. Otóż byli nimi bogatsi chłopi i drobni przedsiębiorcy – bo wielkich jeszcze wtedy nie było – a więc zalążek i nadzieja polskiej klasy średniej. „Zmienna stopa” nie tylko przetrąciła im kręgosłup, usuwając uwłaszczonej nomenklaturze z drogi potencjalnie niebezpiecznego konkurenta, ale zapoczątkowała również proces przepływu pieniędzy od polskich kredytobiorców do finansowych grandziarzy ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Leszek Balcerowicz, przy pomocy wprowadzonych do Sejmu entuzjastycznych ignorantów i cwanych nomenklaturowców przeforsował również podwyższenie oprocentowania lokat w bankach komercyjnych do 80, a nawet 100 procent rocznie oraz korzystając z pożyczki stabilizacyjnej, ustabilizował kurs walutowy na poziomie 9,5 tys zł za dolara. W rezultacie tych wszystkich przedsięwzięć został uruchomiony proces przepływu pieniędzy od polskich kredytobiorców, bezlitośnie drenowanych przez banki, do finansowych grandziarzy ze Wschodniego wybrzeża USA – o czym w „Najwyższym Czasie!” pisaliśmy, tzn. pisał kolega Jerzy Fijałkowski w znakomitym cyklu „Listów od wuja”. Grandziarze przyjeżdżali do Polski z dolarami, wymieniali je po ustabilizowanym kursie 9,5 tys. złotych za dolara, po czym sumy w złotych lokowali w bankach na lokatach terminowych. Po roku uzyskawszy 100 procent zysku, wymieniali złotówki na dolary po ustabilizowanym kursie 9,5 tys. złotych za dolara i wracali do domu, odbijając nie tyle „sobie”, bo przecież grandziarze ci nie dali ani centa na sfinansowanie solidarnościowego podziemia w Polsce, tylko w zamian za klakę, jaką za Oceanem urządzono Balcerowiczowi, jako „geniuszowi ekonomicznemu”, zainkasowali wynagrodzenie. Nawet mówiło się o nagrodzie Nobla, ale jakoś się obeszło.

W rezultacie tych przedsięwzięć Polska została skolonizowana, albo jak kto woli – okupowana przez wojskową razwiedkę, która od 1980 roku stanowiła i nadal stanowi najtwardsze jądro władzy. Razwiedka ta w stosunku do naszego nieszczęśliwego kraju pełni tę samą rolę, jaką w stosunku do zamorskich kolonii pełniła metropolia: drenować wszelkie zasoby, dopóki się da. Jednak tylko częściowo, bo oprócz kolonizacji, że tak powiem „wewnętrznej” nasz nieszczęśliwy kraj został również – niestety i w tym przypadku za sprawą bezpieczniaków, którzy dla Polski stanowią prawdziwe przekleństwo – poddany kolonizacji zewnętrznej.

Projekt „Mitteleuropa

Od drugiej połowy lat 80-tych prowadzone były w naszym nieszczęśliwym kraju co najmniej dwa nurty systemowych przygotowań do transformacji ustrojowej: uwłaszczenie nomenklatury i selekcja kadrowa z strukturach podziemnych. Obok tych dwóch nurtów systemowych pojawił się nurt trzeci – prywatnych przygotowań do transformacji ustrojowej. Bezpieczniacy tubylczy są bowiem wprawdzie skrajnie i chyba nieodwracalnie zdemoralizowanymi, ale sprytnymi i spostrzegawczymi. Toteż przypuszczam, że kiedy się dowiedzieli, iż istotnym elementem nowego porządku politycznego w Europie będzie ewakuacja Sowieciarzy z Europy Środkowej, wielu z nich, a może nawet każdy postawił sobie pytanie: Sowiety się ewakuują, a ja co? Jaką będę miał polisę ubezpieczeniową na wypadek, gdyby nieubłagany palec wskazał na mnie, jako winowajcę wszystkich zbrodni i łajdactw? Kto mnie wtedy obroni? A ponieważ są sprytni, to się domyślili, że jak Sowieciarze się wycofają, to prędzej, czy później i raczej prędzej niż później, nastąpi odwrócenie sojuszy. To po co czekać na odwrócenie sojuszy? Już teraz trzeba się przewerbować do przyszłych naszych sojuszników i oni swoim agentom nie dadzą przecież zrobić krzywdy. W ten sposób doszło do masowych przewerbowań; jednych do służb amerykańskich, innych – do niemieckich, jeszcze innych – do izraelskich, a jeszcze inni dochowali wierności GRU, jako że „nie zmienia się koni podczas przeprawy” – i tak dalej. A ponieważ bezpieczniackie watahy sprawują w Polsce rzeczywistą władzę, to można powiedzieć, że naszym nieszczęśliwym krajem rządzi dyrektoriat Stronnictwa Ruskiego, Stronnictwa Pruskiego i Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego – oczywiście wykonując zadania postawione przez macierzyste centrale.

W 1915 roku Cesarstwo Niemieckie przygotowało projekt „Mitteleuropa”, obejmujący polityczne urządzenie Europy Środkowo-Wschodniej po ostatecznym zwycięstwie niemieckim. Przewidywał on zainstalowanie na tym obszarze państw pozornie niepodległych, ale de facto – niemieckich protektoratów, o gospodarkach niekonkurencyjnych, tylko peryferyjnych i uzupełniających gospodarkę niemiecką. Klęska wojenna Niemiec w roku 1918 plany te przekreśliła, ale państwa poważne – a Niemcy są państwem poważnym – nigdy o niczym nie zapominają. Toteż kiedy Niemcy po 12 września 1990 roku odzyskały w Europie swobodę ruchów, natychmiast przystąpiły do tworzenia warunków politycznych dla realizacji projektu „Mitteleuropa”. Wysadziły w tym celu w powietrze inicjatywę „Heksagonale” i zaczęły wypełniać powstałą w ten sposób w Europie Środkowej próżnię polityczną za pomocą rozszerzania na wschód Unii Europejskiej, której były i są politycznym kierownikiem. 1 maja 2004 roku proces ten został uwieńczony powodzeniem; do Unii Europejskiej zostało przyłączonych 9 państw środkowoeuropejskich i w ten sposób polityczne warunki dla realizacji projektu Mitteleuropa zostały stworzone. Można zatem powiedzieć, że po 90 latach od rozpoczęcia I wojny światowej, Niemcy w końcu wojnę tę wygrały, bo jakże inaczej, skoro przystąpiły do realizowania ówczesnych swoich celów wojennych? W rezultacie gospodarka polska jest przekształcana w duchu projektu „Mitteleuropa”, w czym wielki udział ma Stronnictwo Pruskie, do niedawna jeszcze ściśle współpracujące ze Stronnictwem Ruskim w ramach realizowania strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, stanowiącego rdzeń ustanowionego w listopadzie 2010 roku politycznego porządku lizbońskiego, którego istotnym elementem było strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Realizacja projektu „Mitteleuropa” stanowi niewątpliwie element niemieckiej kolonizacji jeśli nie całości polskiego terytorium państwowego, to przynajmniej tej jego części, która w niemieckiej retoryce politycznej nazywana jest „Ziemiami Utraconymi” – ale ma się rozumieć – nie utraconymi bezpowrotnie. Akurat teraz pojawia się możliwość zrobienia przez Niemcy milowego kroku naprzód w tej sprawie, jako że USA, które, zapalając zielone światło dla politycznego przewrotu na Ukrainie wysadziły w powietrze polityczny porządek lizboński, próbują teraz namówić je do porzucenia strategicznego partnerstwa z Rosją i włączenia się do antyrosyjskiej krucjaty pod egidą amerykańską, mogą Niemcy do tego przekonać zgodą na podważenie postanowień konferencji czterech mocarstw w Poczdamie. Dodatkowym umocnieniem tej niemieckiej zdobyczy byłoby ustanowienie Judeopolonii na reszcie polskiego terytorium państwowego. Milowym krokiem w tym kierunku byłaby realizacja żydowskich roszczeń majątkowych, a rewelacje ujawnione dzięki Wikileaks pokazują, że ta sprawa jest bardziej zaawansowana, niż komukolwiek się wydawało. Realizacja tych roszczeń doprowadziłaby do pojawienia się w Polsce środowiska o dominującej pozycji ekonomicznej, a co za tym idzie – dominującej pozycji politycznej. Mielibyśmy, mówiąc krótko, szlachtę jerozolimską, a więc już nawet nie burżuazję kompradorską, tylko narodowo i kulturowo jednolitą reprezentację metropolii. Wtedy Polska, obecnie będąca kolonią do kwadratu, będzie kolonią do trzeciej potęgi.

Stanisław Michalkiewicz

polski prawnik, nauczyciel akademicki, eseista, publicysta, polityk i autor książek o tematyce społeczno-politycznej.

Artykuł ukazał się na stronie www.michalkiewicz.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: