Strona główna » PRUDNIK » Była szkoła podstwowa nr 2 w Prudniku – historia jej patrona gen. Waltera

Była szkoła podstwowa nr 2 w Prudniku – historia jej patrona gen. Waltera

źródło: www.pch24.pl
źródło: www.pch24.pl

Historia – a może dokładniej trzeba powiedzieć – prawdziwa historia, patrona byłej szkoły podstawowej nr 2 w Prudniku, w której teraz znajduje się Inkubator przedsiębiorczości jest smutna. Notatka biograficzna generała Świerczewskiego nie pozostawia złudzeń, był to człowiek zło czyniący. Dobrze pamiętam jak w szkole uczono nas o niezłomnym generale „Walterze” człowieku, który się kulom nie kłaniał. Propaganda komunistyczna uczyniła z niego męczennika polskiej rewolucji socjalistycznej. Świerczewski stał się ikoną poświęcenia, bohaterstwa i służby dla Polski Ludowej.

Po śmierci nazwiskiem generała nazwano nie tylko szkołę w Prudniku, ale także ogromną ilość ulic, placów i szkół, a nawet pod nazwą „Walterowcy” powołano do życia organizację młodzieżową będącą polskim odpowiednikiem sowieckich Pionierów. Jednym z jej założycieli był Jacek Kuroń, a aktywnym działaczem Adam Michnik.

Teraz może całkiem sporo faktów, które zdecydowanie w innym świetle przedstawiają „niezłomnego bohatera”.

Kilka tygodni temu rozpoczęliśmy akcję zbierania danych o komunistycznych patronach ulic polskich miast. Ku naszemu zdumieniu okazało się, że niezdekomunizowanych ulic jest jeszcze kilkaset. Patronem ponad pięćdziesięciu z nich jest w rzekomo wolnej, demokratycznej III Rzeczpospolitej generał Karol Świerczewski. Przypomnijmy kim był towarzysz Walter.

Karol Świerczewski, Janek Krasicki, Marceli Nowotko, Hanka Sawicka. To chyba najbardziej zasłużeni członkowie Komunistycznej Partii Polskich Ulic. Ich obecność jako patronów ulic, skwerów, parków na polskiej ziemi jest doprawdy emblematyczna dla problemu głębokiej dekomunizacji naszej historii i pamięci. Armia sowiecka opuściła Polskę w 1993 roku, komunizm podobno upadł kilka lat wcześniej. Jednak do dziś jego symbole i pozostałości straszą w naszych miastach i wioskach. Najgorsze jest jednak coś innego. Zbyt wielu ludziom już to nie przeszkadza. Co więcej, traktują je jako element jakieś bliżej nieokreślonej tradycji – najbardziej jaskrawym przykładem tej petryfikacji umysłu jest casus pomnika „czterech śpiących” krasnoarmiejców w Warszawie. Dlatego tym bardziej trzeba przypominać mroczne, czy wręcz upiorne życiorysy tychże „antybohaterów”. Na pierwszy nomen omen ogień przypomnijmy, krótkie CV „Waltera” – pierwszego sekretarza KPP(u).

Dlaczego właśnie „Walter”? Pseudonim gen. Karola Świerczewskiego narodził się w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Ponoć wziął się od pistoletów Walther, z których Świerczewski, w pijanym widzie, ubrany tylko w kalesony, własnoręcznie rozstrzeliwał dezerterów. Sowiecki generał, którym był „Walter”, urodził się w Warszawie. Młody Karol stał się bolszewikiem w wieku 20 lat, kiedy to został ewakuowany do Rosji, po zajęciu przez wojska niemiecko-austriackie Królestwa Polskiego.

W listopadzie 1917 roku zgłosił się do bolszewickich formacji wojskowych, brał udział w pacyfikacjach antybolszewickich ruchów powstańczych na Ukrainie. W 1920 roku, jako dowódca batalionu w 510. pułku piechoty Armii Czerwonej, brał udział w walkach przeciw Polsce na froncie zachodnim. W czerwcu-lipcu 1920 roku, w czasie ofensywy wojsk bolszewickich na Warszawę, został ranny w walkach z Wojskiem Polskim. Świerczewski w latach wojny z bolszewikami, jak przystało na sowieckiego komunistę, chciał wówczas zgodnie z wezwaniem swego dowódcy Michała Tuchaczewskiego ,„po trupie białej Polski wzniecić pożar, którego płomienie miały ogarnąć świat”. Jako prawdziwy proletariusz i bolszewik, wobec broniącej się przed komunistycznym potopem Polski mógł żywić jedynie pogardę!

„Walter” w 1928 został oficerem sowieckiego wywiadu wojskowego Razwiedupremu. Temu „powołaniu” pozostał wierny do śmierci. Rok później mianowano go szefem IV Zarządu Sztabu Generalnego Armii Czerwonej.

Funkcję tę pełnił do roku 1931. W tym okresie był komendantem szkoły Wojskowo-Politycznej i członkiem Sekcji Polskiej Międzynarodówki Komunistycznej, w której szkolono polskich komunistów, wysyłanych następnie jako agentów GRU do Polski. Przykrywką jego działalności miało być dowództwo francusko-belgijskiej XIV Brygady Międzynarodowej. By krzewić rewolucję został on bowiem w 1936 roku skierowany przez Stalina do Hiszpanii. Tam już wkrótce został dowódcą dywizji m.in. na froncie madryckim. Realizował działania zlecone i nadzorowane bezpośrednio przez sowiecki wywiad zagraniczny.

W maju 1938 roku został odwołany do ZSRR – był w dyspozycji Ludowego Komisariatu Obrony, a w 1939 roku został wykładowcą w Akademii im. Frunzego. Warto nadmienić, że był to klasyczny przykład hiperawansu także w wymiarze intelektualnym. W Polsce bowiem Świerczewski ukończył zaledwie dwie klasy. Władza sowiecka potrzebowała takich oddanych i ślepo posłusznych dowódców, nagradzając ich skierowaniem na dalsze studia.

II wojna światowa to czas, w którym kariera Świerczewskiego nabrała jeszcze większego tempa. Mimo klęsk oddziałów będących pod jego dowództwem, „Walter” wciąż mógł liczyć na kolejne awanse. Ten „genialny dowódca” został wycofany z frontu do prowadzenia szkolnictwa wojskowego na Syberii, a w 1943 roku został zaś przez Stalina, wyznaczony do pełnienia roli „polskiego generała” w armii Berlinga. Został zastępcą dowódcy Korpusu, później zastępcą dowódcy Armii Polskiej w ZSRR. Od sierpnia 1944 był dowódcą 2 Armii WP (do VIII 1945 r.). Następnie wszedł w skład utworzonego pod bokiem Stalina, Centralnego Biura Komunistów Polskich.

Zarówno w Hiszpanii, jak i na frontach w ZSRR, w Polsce i w Niemczech Świerczewski nie odniósł sukcesów na polu walki. Szczególnie tragiczna w skutkach była operacja łużycka 2. Armii WP, gdzie jego błędy w dowodzeniu doprowadziły do tragicznych porażek i olbrzymich strat wśród żołnierzy. Trudności w dowodzeniu w tym okresie były spowodowane m.in. nieustannym spożywaniem alkoholu i konfliktami z podwładnymi, którzy byli zmuszeni odmawiać wykonania niektórych niedorzecznych rozkazów.

W kwietniu 1945 roku generał wziął się za zdobywanie Drezna, doprowadzając nieudolnością, brakiem doświadczenia i pijaństwem, do hekatomby polskich żołnierzy pod Budziszynem. Szacuje się, że zginęło wówczas 5 tysięcy żołnierzy, zaginęło prawie 3 tysiące, a 10 tysięcy zostało rannych.

27 września 1945 został dowódcą Okręgu Wojskowego Nr III w Poznaniu, a 14 lutego 1946 został mianowany II wiceministrem Obrony Narodowej. Zatwierdzał wtedy wyroki śmierci dla żołnierzy AK. W czasie pełnienia tych funkcji zawsze realizował stalinowskie wytyczne.

Alkoholik, sowiecki szpieg, laureat wielu czerwonych nagród rozlewający krew polskich żołnierzy i morderca bohaterów do dziś patronuje naszym ulicom. W ten sposób, nawet jeśli tylko symboliczny, uczestniczymy w kłamstwie totalitarnej propagandy.

Nie wyjaśniono do końca okoliczności śmierci Świerczewskiego. Być może stał się on zbyt dużym ciężarem dla swych komunistycznych towarzyszy, którzy postanowili pozbyć się zionącego alkoholem, nieprzewidywalnego generała. Tajemniczy zgon ostatecznie zmitologizował jego postać. W oficjalnej historiografii „Walter” został zastrzelony przez odziały ukraińskich nacjonalistów z UPA. Jednak zbyt wiele poszlak wskazuje na to, iż było inaczej. Za jego śmierć mógł być odpowiedzialny ten, któremu tak wiernie służył – Stalin. Mogli to także zrobić „polscy komuniści”. Jedno jest pewne: śmierć Świerczewskiego ocaliła niejedno życie. Nie mógł on już więcej zabijać. Ale czy to jest wystarczający powód, by honorować jegomościa w nazwach polskich ulic?

Według różnych interpretacji „zamachu na Świerczewskiego” najczęściej przewija się kilka hipotetycznych teorii:

1. zleceniodawcą było NKWD, które chciało usunąć niewygodnego świadka czystek i morderstw wśród współtowarzyszy walczących w Hiszpanii;

2. zabójstwo zlecił sam Stalin, któremu Świerczewski miał odmówić przyjęcia teki ministra bezpieczeństwa publicznego;

3. całą akcję zaaranżował polski Urząd Bezpieczeństwa, nie tylko chcąc pozbyć się generała, ale też zyskać pretekst do przeprowadzenia od dawna już planowanej Akcji „Wisła”;

4. zasadzkę przygotowali partyzanci UPA, którzy mogli też dostać wiadomość o wizycie ważnej osobistości z „zewnętrznych” źródeł.

Bardzo smutna i mało patriotyczna jest prawdziwa historia Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, a szczególnie pierwszego jej okresu czyli umacniania władzy ludowej w Polsce.

 

źródła:

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: