Strona główna » piens.pl - Polska i Wiara ma sens » Osiołek zapędzony w kozi róg, czyli Bronisław K. przed sądem
Komorowski na przesłuchaniu fot z niezalezna.pl za TV Republika

Osiołek zapędzony w kozi róg, czyli Bronisław K. przed sądem

Poniżej kilka refleksji na temat przesłuchania przez sąd prezydenta Bronisława Komorowskiego. Warto przeczytać, bo wiele w nich niezwykle celnych uwag.

Dysponując wolnym czasem, zadałem sobie trochę trudu i cierpliwości i obejrzałem całą transmisję z przesłuchania przed sądem świadka Bronisława Komorowskiego. W ogóle z tym całym procesem sądowym jak i z transmisją osobno, to wyjątkowo dziwna i niezrozumiała sprawa. Bo tak, normalny obywatel wezwany na świadka, gdyby nie miał ochoty stawić się przed sądem, byłby dowleczony przez policję skuty w kajdanach. Świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński parokrotnie udowodnił, że nie przestał być również obywatelem i bez żadnych nacisków stawał przed sądami, by można było go przesłuchać.

Lecz nie prezydent Bul Komorowski. Podobno hrabia, lecz w swojej łepetynie to już król niemalże. Do niego to sąd musi przyjechać. Ma w pałacu sporo pustych pokoi, to można jeden zaaranżować na salę sądową. Toteż sąd, w odpowiednim składzie, karnie udał się do prezydenckiego pałacu, dźwigając tony akt, togi i birety, oraz kontener sprzętu potrzebny do tych czynności.   Podobny cyrk z transmisją tego przesłuchania, co jest czynnością jawną i każdy obywatel ma prawo w tym uczestniczyć. Zazwyczaj w dzisiejszych czasach uczestniczy poprzez media, które transmitują obraz i dźwięk. Toteż główne prorządowe media rozłożyły w pomieszczeniu tymczasowego sądu masę swojego sprzętu, różne kamery i mikrofony i takie tam. Telewizja Trwam uzyskała zakaz uczestnictwa w procesie. Podobnie opozycyjna TV Republika nie dostała akredytacji i zakazano jej transmitować i rejestrować przesłuchanie. Ale coś się porobiło, pewnie, jak zawsze w skutek polecenia kancelarii prezydenta, która wyczuła pismo nosem i te wszystkie tefałpe, tefałeny, czy polsaty powyłączały kamery, powyłączały mikrofony, a znudzeni kamerzyści i operatorzy dźwięku udali się do piwnicznej stołówki, gdzie można bezpiecznie zapalić nie smrodząc pierwszej damie po pokojach. I cud jeden! Jedyną telewizją, która transmitowała wijącego się prezydenta, była ta, której to zabroniono, Telewizja Republika. Szacun tu wielki dla mojego gdyńskiego ziomala, prawdziwego partyzanta prawdy, Michała Rachonia, który nie wiadomo jak, z telefonu komórkowego, albo z kamery ukrytej w guziku, a mikrofonu na czubku buta, transmitował całość posiedzenia. Taki dzielny konspirator w walce o prawdę i uczciwość. Całkiem na serio.  

No i widzieliśmy proces i cierpienia Bula Komorowskiego. Wprawdzie prezydenta widzieliśmy od tyłu, raz nerwowo siedzącego półdupkami na krawędzi, jak by to było już krzesło elektryczne, raz stojącego na baczność, gdy padały uwagi o pułkownikach i generałach. A pot mu zaczął spływać zimnym strumieniem po plecach już po pierwszej minucie przesłuchania. Był wyraźnie zdenerwowany i chyba lekko spanikowany, bo władzy i nieuzgodnionych pytań obawiał się zawsze.   Bzdurnie oskarżony o poplecznictwo dziennikarz Wojciech Sumliński przygotował dla Komorowskiego dwieście pytań. Przygotowane one zostały na podstawie dwukrotnych zeznań prezydenta w prokuraturze, gdzie mącił on i kluczył, jak szczur w labiryncie. Raz zeznawał tak, a drugim razem zupełnie inaczej. Kompletny bardak sądowy i Komorowski wykazał, że jako świadek jest nic nie warty. Niestety, Sumliński był w stanie zadać tylko kilkadziesiąt pytań. Dalsze przesłuchiwanie Komorowskiego nie miało sensu. Jakiego by wątku nie tknąć odpowiedzi były typowe i takie same: nie wiem, nie pamiętam, chciałem dobrze… nie wiem, nie pamiętam, chciałem dobrze. Zresztą, jeżeli chcecie państwo sobie ten kabaret jednego aktora obejrzeć i samemu ocenić stan głowy państwa, to pewnie znajdziecie w internecie ślady.  

Po transmisji trzeba się było poważnie zastanowić, wzmocnić dużym kubkiem kawy – siekiery i wypalić parę papierochów, żeby wypracować parę konkluzji.   Otóż Komorowski bał się i nadal się boi. Aneks do raportu w sprawie likwidacji WSI wisi nad nim, jak ten żyrandol, który uważnie, nieustannie pilnuje, tylko, że haczyk się powoli wysuwa z sufitu. Komorowski jeszcze jako poseł strasznie chciał się dowiedzieć, co jest w raporcie, jak zjawił się u niego stary znajomek, płk L., któremu kiedyś sam załatwił generalską pensję. A co? Niech ma do emerytury. Toteż pan poseł K., jeszcze nie marszałek i daleko od zajumanej prezydentury, wyraził widoczne zainteresowanie. A to już jest proszę państwa przestępstwo podżegania. Tak, tak. Prezydent, przecież doświadczony polityk i funkcjonariusz państwowy, a nie jakiś zielony Biedroń, musi wiedzieć, co wolno, a czego nie. Naiwniaczek się teraz tłumaczył, że z płk. L. Prowadził „grę operacyjną”. Patrzcie go! Agent i szpieg się znalazł. Ale niestety bez licencji na zabijanie. I nawet bez licencji na prowadzenie gier operacyjnych. No ale harcerz, mistrz podchodów, zawsze pozostanie harcerzem.

W jednej konkretnej sprawie redaktor Sumliński chciał się dowiedzieć od prezydenta, które zeznanie w prokuraturze jest prawdziwe: pierwsze, czy drugie. A różnią się one diametralnie. Odpowiedz zahaczyła o fizykę kwantową, bo oto Komorowski stwierdził, że oba zeznania są prawdziwe i dokonane w dobrej wierze. Czyli, jak słynny kot Schroedingera, który w czarnym pudle jest jednocześnie żywy i martwy. No nie udało się Sumlińskiemu wydobyć z prezydenta prostego „tak”, lub prostego „nie”. Może powinno się rozważyć przypiekanie pięt, albo wyprawę prezydenta do skromnego domku z agentami CIA w Kiejkutach na Mazurach.  

Z przesłuchania dało się wyciągnąć jeszcze jeden wniosek – prezydent Komorowski boi się aneksu do raportu. Raz twierdzi, że go pobieżnie przejrzał, drugi raz, że tak na prawdę, to go specjalnie nie interesuje. Buja jak mały Kazio, bo aż się trząsł, by mu płk. L. nielegalnie go dostarczył. I tutaj Komorowski popełnia następne przestępstwo. Otóż zgodnie z prawem, ma on obowiązek i to już od czterech lat, opublikować i upublicznić aneks do raportu. Lecz najprawdopodobniej byłoby to podcinanie gałęzi na której siedzi. Z drugiej strony, nie może z 800 stronicowego aneksu, jak Wałęsa. powyrywać kartek, które go dotyczą, bo ten przebiegły lis Macierewicz ma na pewno gdzieś zadołowaną kopię i świadków. No bul i rozpacz.  

No to sobie obejrzałem przesłuchanie pana prezydenta. Raczej niczego nowego się o nim nie dowiedziałem. To ciągle w moich oczach raczej nierozgarnięty drobny krętacz. Harcerzyk od pilnowania żyrandola. Prezydent Rzeczypospolitej Polski. 

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/osiolek-zapedzony-w-kozi-rog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: