Strona główna » piens.pl - Polska i Wiara ma sens » „Ludowa” władza obawiała się, że groby „Wyklętych” będą miejscem pamięci polskiej sprawy.

„Ludowa” władza obawiała się, że groby „Wyklętych” będą miejscem pamięci polskiej sprawy.

„Ludowa” władza obawiała się, że groby „Wyklętych” będą miejscem pamięci polskiej sprawy.

Jest w Polsce jedna droga, gdzie prędzej czy później

Z cierpień moc taka wyjdzie, że Boga zadziwi:

Powracają ojcowie, umarli podróżni,

Budzą synów — i walczą — polegli i żywi

Kazimierz Wierzyński „Jest w Polsce jedna droga”

Żołnierze Państwa Podziemnego walczyli z dwoma wrogami z Niemcami i Sowietami, a po 1945 r. – z funkcjonariuszami NKWD, UBP i KBW. Kierowała nimi determinacja i przeświadczenie, że nowe porządki są nie dla nich, a bezpieka, czyli siły pomocnicze nowego okupanta, i tak im nie podaruje. Chociaż historia przyznała im rację muszą im wystarczyć epitafia w kościołach i poranne msze święte w rocznicę śmierci

W piątek, 1 marca, po raz trzeci będziemy obchodzili Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zachęcamy do udziału w uroczystościach upamiętniających żołnierzy niepodległościowego podziemia, antykomunistycznej armii, wiernych złożonej przysiędze.

– Wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków – czytamy w rozkazie z 1946 roku majora Zygmunta Szendzielarza, ps. „Łupaszka”.

Honor nie ma ceny

Od kilku lat mamy w naszym Kraju wśród młodych Polek i Polaków – można rzec – fenomen wielkiej popularności Żołnierzy Wyklętych. Jest więc nadzieja! Na wojskowych cmentarzach, stadionach, symbolicznych mogiłach, w dziesiątkach świątyń zapłoną znicze i świece pamięci, rozwiniemy polskie sztandary, odpalimy race ku chwale tych, którzy niezłomnie trwali wierni złożonej przysiędze, świadomi, tego, że „Honor służby jest jak sztandar, z którym żołnierz rozstaje się wraz z życiem” ”

Nie musimy milczeć na Ich temat. Jesteśmy im winni Prawdę oraz odnalezienie i upamiętnienie miejsca ostatniego spoczynku. W stolicy – na Powązkach, na Służewcu mozolnie odszukiwane są szczątki bohaterów Państwa Podziemnego, potajemnie pogrzebanych przez sowieckich zbrodniarzy i ich polskojęzycznych pomocników. Odnajdą się – jak mityczna armia cieni, szef Kedywu Komendy Głównej AK gen. August Emil Fieldorf „Nil”, przywódcy Zrzeszenia WiN m.in. ppłk Łukasz Ciepliński, znakomity żołnierz i dobrowolny więzień Auschwitz rotmistrz Witold Pilecki, cichociemny mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin”, legendarny dowódca oddziałów partyzanckich AK i WiN na Lubelszczyźnie mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, komendant Wileńskiego Okręgu AK płk Antoni Olechnowicz „Pohorecki”, dowódca 5. Brygady Wileńskiej mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, komendant XVI Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Józef Kozłowski „Las” i setki, steki innych. Polska jest im to winna. I Polska się o nich upomina.

Oni nie potrzebują zaszczytów. Nie upominali się o nie także za życia wybierając straceńczą misję jak Spartanie, jak obrońcy Alamo, jak żołnierze z rejonu umocnionego Wizna. Nie chcieli łaski. Znamienne są słowa majora Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora”, cichociemnego, bohatera Lubelszczyzny: „Amnestia to jest dla złodziei, a my jesteśmy Wojsko Polskie” wypowiedziane na wieść o ustawie amnestyjnej z 1947 roku. Dowódca miał wyczucie. Komunistom chodziło o złamanie i wyłapanie ostatnich walczących. Ludzie podziemia uwierzyli. Chcieli zacząć nowe życie. Z „amnestii” skorzystało ich blisko 54 tysiące, a swoją „wywrotową” działalność ujawniło też 23 tysiące uwięzionych.

Pisarz Józef Mackiewicz skomentował „akt łaski”: „Społeczeństwo, które strzela, nigdy nie da się zbolszewizować. Bolszewizacja zapanuje dopiero, gdy ostatni żołnierze wychodzą z ukrycia i posłusznie stają w ogonkach. Właśnie w Polsce gasną dziś po lasach ostatnie strzały prawdziwych Polaków, których nikt na świecie nie chce nazwać bohaterami.”

Po latach historia przyznała rację „karłom reakcji”, jak ich nazywali piewcy nowego ustroju, żołnierzom z ryngrafami i biało-czerwonymi opaskami, którym w śledztwie łamano nosy, palce, żebra i życiorysy. „Zapora” mimo tortur w więzieniach Lublina i Warszawy nie załamał się. Wytrwał. Został zamordowany ze swoimi sześcioma podkomendnymi. By bardziej upokorzyć, na czas procesu ubrano ich w mundury Wehrmachtu. Gdy „Zapora” stanął przed „sądem”, posiwiały, z wybitymi w śledztwie zębami, połamanymi rękami i zerwanymi paznokciami jego ostatnie słowa brzmiały: „Przyjdzie zwycięstwo! Jeszcze Polska nie zginęła!”.

Cześć i chwała Bohaterom!

Jako, że żyli prawem wilka i historia przez lata o nich głucho milczała, żyli w domowych legendach, niczym dawni wojowie. W społecznym wymiarze była to armia chłopska, podobnie jak ta we francuskiej Wandei 150 lat wcześniej. Przypomnijmy kilkoro z nich.

– Nie obchodzą nas partie, lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny, czy na gruzach kochanej stolicy – Warszawy – z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię – napisał w odezwie jeden z niezłomnych, dowódca 6. Wileńskiej Brygady AK kpt. Władysław Łukasiuk – „Młot”, legendarny partyzant antykomunistyczny, jeden z tych, którzy przekazali aliantom tajemnice niemieckich rakiet V1, przez 3 lata dowodził Brygadą, utrzymując się w terenie, nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Zimą 1944/45 r. plut. „Młot” nawiązał pierwszy kontakt organizacyjny z Obwodem Bielsk Podlaski, należącym do Białostockiego Okręgu AK. 18 III 1945 r. patrol „Młota” wspólnie z oddziałem T. Chomko „Gerwazego” rozbił grupę operacyjną NKWD na drodze Mężenin – Figały, odbijając kilkunastu aresztowanych. Wkrótce potem grupa „Młota” weszła w skład oddziału partyzanckiego AK-AKO Bielsk Podlaski dowodzonego przez ppor. Teodora Śmiałowskiego „Szumnego”. Po śmierci ppor. „Szumnego” „Młot” dołączył w sierpniu 1945 r. 5. Brygady Wileńskiej i walczył wraz ze szwadronem por. „Zygmunta” pod Sikorami, Zalesiem i w Miodusach Pokrzywnych. Po demobilizacji 5. Brygady pozostał z ppor. Lucjanem Minkiewiczem „Wiktorem” w polu, tocząc m.in. zwycięski bój z grupą operacyjną NKWD 30 listopada 1945 r. pod Łempicami. Pod jego wpływem byli najlepsi partyzanci Podlasia, zdecydowani na kontynuowanie zbrojnej walki o niepodległość jak kpt. „Huzar” i por. „Brzask”. Kpt. Władysław Łukasiuk ,,Młot” zginął we wsi Czaje Wólka z ręki swego podkomendnego, jednego z „ostatnich leśnych”. Zwłoki „Młota” zostały wykopane przez funkcjonariuszy UB, a uczestnicy pochówku zostali aresztowani i skazani na wyroki kilkuletniego więzienia. Miejsce ostatniego spoczynku najsłynniejszego partyzanta Podlasia do dziś pozostaje nieznane. Żywa była legenda „Młota” i „Huzara”. Dla wielu, dzisiaj już dojrzałych ludzi, w latach 70. i 80. rozmowy przy leśnych ogniskach z uczestnikami wydarzeń były szkołą patriotyzmu, okazją do poznania prawdy o tamtych czasach i ludziach, którzy czuli ze są u siebie i będą bronili rodzinnej ziemi, lasów i miasteczek do końca.

– Jest terror, gdy po więzieniach i obozach karnych siedzi tylu najlepszych synów Polski, gdy nie ma dziedziny, gdzie by czerwoni nie dopuszczali się najpospolitszych draństw, „góra” AK nie widzi potrzeby prowadzenia walki konspiracyjnej, nie potrafi sprecyzować aktualnych żądań i dostosować do sytuacji taktyki działania – jest tylko pełna nadziei, że zrobi za nią to „mocarstwo urządzające świat powojenny” – pisał w 1945 r. w dramatycznym liście kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” na propozycję ujawnienia i złożenia broni, złożoną za pośrednictwem płk Jana Mazurkiewicza „Radosława”.

Inka-1946

Dwa lata po wybuchu Powstania – 3 sierpnia 1946 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku wydał wyrok śmierci Danutę Siedzikównę, pseudonim „Inka”, sanitariuszkę 5. Wileńskiej Brygady AK. 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 niezidentyfikowany z nazwiska oficer w mundurze KWB najpewniej pracujący „pod przykryciem” (jego autentyczne dane nie zachowały się w archiwum MON i MSW) zabija z trzech metrów 17-letnią dziewczynę w gdańskim areszcie śledczym. Wraz z nią rozstrzelano „Zagończyka”. Obecny przy egzekucji ksiądz spowiednik Marian Prusak wspominał, że skazańcy krzyknęli „Niech żyje Polska” – tuż przed komendą „Po zdrajcach narodu ognia!”. W 1949 księdza aresztowano pod zarzutem szpiegostwa. Spędził w więzieniu trzy i pół roku. Danuta Siedzikówna ps. „Inka” urodziła się w Guszczewinie koło Narewki, na skraju Puszczy Białowieskiej w powiecie Bielsk Podlaski. Jej ojciec Wacław Siedzik jako student Politechniki w Petersburgu został w 1913 r. zesłany na Sybir za uczestnictwo w polskiej organizacji niepodległościowej. W lutym 1940 r. deportowany w głąb Związku Sowieckiego. Wstąpił do armii gen. Władysława Andersa. Pochowany został na cmentarzu polskim w Teheranie. Jej mama należała do AK. Aresztowana w 1942 r., po ciężkim śledztwie zamordowana w lesie pod Białymstokiem.

15-letnia Danuta złożyła przysięgę Armii Krajowej w grudniu 1943 r. Z konwoju NKWD uwolnił ją wileński patrol Stanisława Wołoncieja „Konusa”, podkomendnego mjr. „Łupaszki”. Przez krótki czas jej przełożonym był por. Leon Beynar „Nowina”, zastępca mjr. „Łupaszki” (Paweł Jasienica). Wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym”, dowódcą jednego ze szwadronów „Łupaszki”. Do lipca 1946 r. służyła w tym szwadronie jako łączniczka i sanitariuszka.

Przybyła po lekarstwa do Gdańska dla żołnierzy szwadronu „Leszka” 20 lipca 1946 r. Została aresztowana przez funkcjonariuszy UB i osadzona w więzieniu w Gdańsku. Po ciężkim śledztwie 3 sierpnia 1946 r. skazana została na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku. Co przeszła w śledztwie można sobie wyobrazić. Nie wydała nikogo. Nie zdradziła punktów kontaktowych. W przesłanym grypsie z więzienia Siedzikówna napisała: „Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba”. Oskarżycielem w procesie sanitariuszki był prokurator Wacław Krzyżanowski, który dla dziewczyny zażądał kary śmierci.

Dzisiaj jej imię Sanitariuszki „Inki” nosi w Sopocie skwer nosi skwer przy Uniwersytecie Gdańskim przy ul. Armii Krajowej, przy które mieszkał też prof. Lech Kaczyński.

Wbrew werdyktowi świata

„Wbrew oczekiwaniom przy rozstrzygnięciu sprawy polskiej zwyciężyły nie zasady słuszności i zobowiązania międzynarodowe, lecz fakty dokonane i narzucone. Los Polaków nie będzie jednakowy. Jedni borykać się będą w kraju z okrutną rzeczywistością państwa policyjnego, inni zostaną w wolnym świecie, by stać się ustami niemych. Droga nasza jest trudna, lecz u jej kresu spełni się Polska naszych żarliwych pragnień, wolna i niepodległa – o fragment odezwy rządu RP w Londynie z 26.06.1945.

Do żołnierzy polskich! Rodacy!

Nie jesteśmy żadna bandą, jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. Niejeden z waszych ojców, braci i kolegów jest z nami. My walczymy o świętą sprawę, za wolną niezależna i sprawiedliwą i prawdziwie demokratyczną Polskę – taką odezwę podpisał na Pomorzu dowódca Brygady Partyzanckiej „Łupaszka”, major.

Zygmunt Szendzielarz, przyjął pseudonimie „Łupaszka” na cześć Jerzego Dąbrowskiego, legendarnego kresowego zagończyka z okresu wojny z bolszewikami, zamordowanego przez NKWD w 1940 roku. Jego żołnierze mieli za sobą gorzkie, tragiczne nieraz doświadczenia, partyzanci, którym udało się uciec z obozów w Rosji, jak Feliks Selmanowicz „Zagończyk” i Jerzy Lejkowski. „Szpagat” (członek oddziału „Kmicica”, którego żołnierzy wymordowali podstępnie partyzanci sowieccy w 1943 r.). Mieli być gotowi do walki w 1946 r. Przed dowódcami stanęło zadanie zorganizowania punktów informacyjnych, lokali konspiracyjnych i punktów werbunkowych.

– Nie byliśmy poszukiwaczami przygód. To nie było życiowe awanturnictwo. Nie bawiliśmy się w Indian. Szliśmy do lasu przekonani, ze będzie wojna światowa. Nie mieliśmy złudzeń, czego możemy spodziewać się po komunistach i ich mocodawcach – wspominał przed 10 laty w rozmowie z nami Olgierd Christa ps. „Leszek”. Jego szwadron stacjonował w 1946 r. m.in. w Borach Tucholskich. Leśne oddziały nadal pozostawały w podziemiu. Czekały na kolejną zmianę sojuszy w Europie. Taką, która będzie korzystna dla Polski.

– Ludzie patrzyli na nas ze zdziwieniem. Początkowo z rezerwą. Oto widzieli wojsko, chodzące w mundurach, w biały dzień, pod bronią – wspominał Christa.

W kwietniu 1943 roku jego dowódca nawiązał kontakt z Komendą Wileńskiego Okręgu AK i został skierowany na stanowisko dowódcy oddziału partyzanckiego AK działającego na Pojezierzu Wileńskim pod dowództwem ppor. Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”. Po dotarciu na miejsce dowiedział się, że oddział został rozbrojony przez sowieckich partyzantów a „Kmicic” razem z żołnierzami AK zamordowany. Szendzielarz z resztek oddziału utworzył nową jednostkę – 5. Brygadę Wileńską AK. 2 listopada 1950 roku Zygmunt Szendzielarz skazany został przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na karę śmierci. Wyrok wykonany został 8 lutego 1951 roku w warszawskim więzieniu na Mokotowie. Miejsce jego pochówku do dziś nie jest znane. W tym samym dniu strzałem w tył głowy zamordowano jeszcze trzech innych oficerów wileńskiej AK: ppłk. Antoniego Olechnowicza „Podhoreckiego”, por. Lucjana Minkiewicza „Wiktora” i por. Henryka Borowskiego „Trzmiela”. Tracili życie w kilkunastominutowych odstępach.

Najdłużej ukrywającymi się żołnierzami antykomunistycznej armii byli Stanisław Marchewka „Ryba” (zginął z bronią w ręku na Podlasiu w marcu 1957r.) i ostatni „żołnierz wyklęty” Józef Franczak „Lalek” z oddziału kpt. Z. Brońskiego „Uskoka” zabity przez MO i SB na Lubelszczyźnie 21 października 1963r.

„Ludowa” władza obawiała się, że groby „Wyklętych” będą miejscem pamięci polskiej sprawy. Zabitych i pomordowanych chowano więc w bezimiennych mogiłach, w dołach z wapnem. Miejsce pochówku wielu bohaterów jest nieznane.

„Wiedziałem, że nikt twoich ran ci nie odwdzięczy,

Bo niczym krew, co płynie, przy złocie, co brzęczy.

I nigdy nikt nie liczył leżących w mogile,

Bo czym jest duch anielski przy szatańskiej sile?

Jak żal mi, że ci oczy nareszcie otwarto!

I powiedz sam mi teraz, czy to było warto?”

– Jan Lechoń „Przypowieść”:

Artur Stanisław Górski

źródło: http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/antykomunistyczna-armia-wykletych-pamietamy,6814534689

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *