Strona główna » o. Jacek Woroniecki OP » Gawęda o gawędzeniu – Woroniecki Jacek OP

Gawęda o gawędzeniu – Woroniecki Jacek OP

(drukowane nakładem Księgarni św. Wojciecha,
Poznań – Warszawa – Wilno – Lublin 1926
w serii „Biblioteczka Harcerska” nr 1)1

 

Niezmordowanym pracownikom
Naczelnictwa
Z. H. P.
w serdecznej przyjaźni

 

I. Zejść ze szczudeł

„Nauczcie nas, Druhu, gawędzić. Wiecie, że waszych gawęd chętnie słuchamy, ale spodziewamy się od Was czegoś więcej, a mianowicie, abyście nas nauczyli sztuki gawędzenia. Szkoda by było, aby ten kunszt miał z Wami pójść do grobu”.

„Albo to tak łatwo! Gawędzenie jest czymś przyrodzonym! albo się to umie, albo nie, ale nauką sprawności gawędziarskiej nie zdobędziesz. „Gavendarii nascuntur”, powiedział gdzieś, kiedyś jakiś mędrzec, a jeśli nie powiedział, to tym gorzej dla niego. Czego tu się uczyć!”

W ten lub inny sposób wykręcałem się, gdy mnie druhowie i druhny napastowali o teorię gawędzenia i o zasady tej sztuki. Zdało mi się, że tu nie ma o czym mówić, gdyż sama rzecz jest zbyt prosta, aby ją można było analizować: oto po prostu trzeba wziąć i gawędzić, tak jak słońce bierze i świeci, a nikt go nie pyta: jak ty to robisz?

Aż jednego razu pewien druh postawił mi to zagadnienie w tak ścisłej filozoficznej formie, iż od razu błysnęła mi myśl, że byłoby może coś na ten temat do powiedzenia. Natchniony geniuszem Kopowskiego, zapytał mnie: „Druhu Ojcze, czy do gawędzenia czegoś potrzeba, czy też niczego nie potrzeba„.

No, niczego to przecież nie, inaczej każde ględzenie byłoby gawędzeniem, i wszyscy by umieli gawędzić! Czegoś oczywiście potrzeba, i może by w takim razie to coś dało się określić i ująć w pewne zasady. Może by się dało odkryć główne sprężyny tego misternego kunsztu, jakim jest gawędziarstwo, i rzucić tym sposobem podstawy nowej gałęzi wiedzy, którą zapewne przyszłe pokolenia nazwą „gawędologią”.

Tu wyobraźnia moja zaczęła pomykać w przyszłość, – wyobraziłem sobie cały świat opanowany przez harcerstwo i na każdym uniwersytecie katedrę gawędologii harcerskiej; widziałem już pisma fachowe, poświęcone tej nowej wiedzy, taki np. „Przegląd gawędologii ścisłej i stosowanej”, zdało mi się nawet, że czytam w Kurierku: „bawi w naszym mieście słynny gawędolog patagoński X. Y.”, albo też, co jeszcze lepiej: „jutro w naszym mieście otwiera swe obrady N-y Kongres międzynarodowy gawędologii, na który przybyli najwybitniejsi uczeni całego świata”…

Wnet jednak spostrzegłem się, że mnie wyobraźnia za daleko porwała. Zobaczmy najpierw, co jest do powiedzenia o gawędziarstwie, czy da się ono ująć, już nie w formę nauki, ale choćby skromnej sztuki? Czy da się z niej wyśrubować choć kilka zasad, które by można było utrwalić na papierze i którymi by warto było następnie pochwalić się przed harcerstwem?

Jak się do tego zabrać? Zacząłem próbować wszystkich metod, jakich mnie kiedykolwiek w szkole uczono, ale jakoś żadna nie mogła zagadnienia chwycić, odrzuciłem je więc wszystkie i zdrowym chłopskim rozumem zabrałem się do roboty.

Zacząłem od zapytania: czego trzeba unikać, jeśli się chce mile gawędzić? Odpowiedź wnet stanęła mi przed oczami: trzeba unikać szczudeł tj. tych sztucznych środków wywyższania się ponad swe otoczenie. Człowiek, który wlazł na szczudła, o jednym tylko myśli, jak utrzymać równowagę i nie runąć z tej wysokości, na którą się wzniósł; zajęty utrzymywaniem swej wielkości w równowadze, nie ma czasu myśleć o tych, z którymi ma gawędzić, toteż amatorowie chodzenia na szczudłach na gawędziarzy się nie nadają.

Aby posiąść tę umiejętność obcowania z ludźmi, która jest na dnie gawędziarstwa, trzeba nie być wielkim człowiekiem, albo przynajmniej nie być wielkim człowiekiem do małych interesów. Wielki człowiek nigdy nie będzie dobrze gawędzić, gdyż wielkość jego tak przytłoczy słuchaczów, że nie będą oni w stanie z całą swobodą ducha poddać się urokowi gawędy.

Urok ten daje tylko prostota i szczerość w stosunku do słuchaczy. Trzeba się wyrzec wszelkiej sztucznej wielkości, wszelkich szczudeł, wszelkiego udawania, trzeba zejść z ambony, katedry lub wszelkiego innego wywyższenia, trzeba stanąć na tym samym poziomie, co słuchacze, i wtedy dopiero, położywszy się na murawie w otoczeniu braci harcerskiej, będzie można, swobodnie gawędząc, uczyć ich słuchać, jak trawa rośnie. Bo, jak się na końcu okaże, główne zadanie gawędziarstwa na tym właśnie polega, aby słuchać i uczyć słuchać jak trawa rośnie.

I nie tylko w czasie gawędy trzeba unikać udawania wielkiego człowieka, ale w ogóle dobrze jest odzwyczaić się w całym życiu od tego poszukiwania sztucznej wielkości. Wielki człowiek do małych interesów jest wielkim na bardzo krótką metę; jego wielkość, którą jak monstrancję przed sobą nosi, zasłania mu świat tak, iż z czasem nic już poza sobą nie widzi i tylko sobą umie bliźniego zanudzać. Gdzie tu takiemu do gawędziarstwa!

Ot czym nie trzeba być, aby umieć gawędzić! Ale to nie wystarcza: zobaczymy, jakie pozytywne wymagania należy postawić adeptom tej sztuki.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: